Kubki
Kubki to najmilsze naczynia – tak zawsze wydawało się Małgorzacie, która wprost uwielbiała pić niemalże hektolitrami herbaty i kawy z grubych kubków. Najwspanialej było zimą, kiedy zmarznięta przekraczała próg swojego domu i wstawiała wodę na gaz. Parzyła herbatę, mając wciąż czerwone uszy, nos i palce z zimna. Gorący kubek zawsze był na tyle gruby, że mogła trzymać go w ręce bez obawy, że się poparzy. To było bardzo przyjemne uczucie, gdy niemal przytulała się do kubka napełnionego zaparzającą się herbatą. Siadała ze skrzyżowanymi nogami na kanapie, trzymając naczynie jednocześnie we wszystkich czterech kończynach i czuła niesamowite, rozkoszne ciepło promieniujące do całego ciała. Nie inaczej było z kawą – ta z kolei, zaparzona w grubym kubku budziła ją co rano. Pierwszą czynnością wykonywaną przez Małgorzatę każdego dnia było grzanie wody w czajniku i przyrządzanie kawy wedle ściśle określonych zasad – tak, aby była idealna, dobrze przystosowana do osoby, która ma ją pić. Wedle starego, niemieckiego powiedzenia: „kawa musi być czarna jak noc, mocna jak piekło i słodka jak grzech” ten napój powinien zostać przygotowany z dużej ilości świeżo mielonych, aromatycznych ziaren i cukru. Tak właśnie robiła Małgorzata. Słodka, porządna kawa dodawała jej sił, aby przetrwać kolejny dzień.
Kawę jednak mogła pić zarówno z filiżanek, szklanek, jaki kubków. Co innego szlachetna herbata. Dla niej miała przygotowany tylko jeden z tych rodzajów naczyń – najgrubszy i najlepiej przytrzymujący ciepło kubek. Był poręczny – mogła go zabierać wszędzie, nawet w góry. I właśnie ze schroniskiem górskim, wrzątkiem wyproszonym u obsługi i fusami herbacianymi walającymi się luźno we wnętrzu plecaka kojarzyło jej się to naczynie. A herbat to Małgorzata była koneserką. Nie pijała ekspresowych – z zasady. Uważała zawsze, że torebka dusi prawdziwy, dobry smak, jaki przyrządzony napój mógłby mieć, gdyby nie siateczka-dusicielka. Jeśli jednak chodzi o sypane – znała się na nich jak nikt. Najbardziej lubiła herbatę białą, którą parzyła ze specjalnych pędów, a ona, zalewana pierwszy raz wodą w temperaturze siedemdziesięciu stopni, otwierała kwiat, który unosił się, rozkwitnięty, na powierzchni wody. Widok był niesamowity, smak również. Piła oprócz tego herbaty zielone, czerwony, tradycyjne (czarne), a także owocowe. W poszukiwaniu doskonałych smaków przemierzała targowiska i specjalne sklepy. Odkrywała tam wspaniałe rzeczy.
Wierzyła również w ogromną moc ziół. Kiedy tylko była zdenerwowana, od razu sięgała po melisę. Miała co prawda problemy z odpowiednią oceną sytuacji i zawsze herbatę robiła sobie zbyt mocną, niż należało, a potem chodziła nieco otumaniona (i szczęśliwa). Jestem jednak święcie przekonana, że gdyby jakiekolwiek zioła podać Małgorzacie zaparzone na przykład w filiżance, to nie podziałałyby na nią odpowiednio. Bardzo istotnym elementem w celebracji picia herbaty w przypadku Małgorzaty było naczynie. Kubki były jej zdaniem do tego celu najodpowiedniejsze, właściwie przeznaczone. Wyglądały najlepiej, były grube, porządne i ciężko było się poparzyć, nawet obejmując ich powierzchnię obiema dłońmi. Oczywiście lepiej również trzymały ciepło niż cienka, elegancka porcelana.
Był jednak jeden typ kubków, które (pomimo swej użyteczności) nie zyskały przychylności Małgorzaty. Chodzi mianowicie o kubki termiczne. Te, obłożone plastikiem mają skłonności do przesiąkania zapachami pitych z nich specyfików. Dla konesera smaków jest to rzecz nie do przyjęcia. Każda herbata, kawa, ma swój niezastąpiony zapach, który oddziałuje na ludzki zmysł smaku. W przypadku mieszania się tych zapachów, zabijana zostaje cała istota piękna różnorodności gatunków herbat czy innych napojów. Pół biedy, kiedy faktycznie mieszają się zapachy podobnych napojów. Gorzej, jeśli w takim kubku zrobimy sobie na przykład zupkę chińską, a potem spróbujemy wykorzystać go do innych celów. Nieprzyjemny efekt murowany! O tym Małgorzata wiedziała i pozostawała przy tradycyjnych, ceramicznych kubkach, które tak lubiła.
